W bibliotece każda książka ma swój numer. W Bibliotece Ubrań tych numerów są setki i trwa wszywanie kolejnych metek. Wypożyczalnię założyły Marta Niemczyńska i Agnieszka Zawadzka z Wrocławia. Nie wpadłyby na ten pomysł, gdyby nie inspiracja, jaką przyniósł pobyt na emigracji.

Spotkały się sześć lat temu w jednej z wrocławskich korporacji. Marta Niemczyńska była managerem, a Agnieszka Zawadzka pracowała z klientami. Ich drogi rozeszły się tylko na chwilę. I to na krótko. Marta wyjechała do Niemiec, by w Hanowerze budować swój zespół. Dwa tygodnie później dostała maila od Agnieszki: „Przyjeżdżam na Erasmusa do Hamburga”.
Dzieliło je około 150 kilometrów. Podkreślają, że „tylko”, bo okazało się, że wspólne dylematy osób, które muszą odnaleźć się w nowym, nieco obcym środowisku, łączą bez względu na odległość. – Każda z nas wyjechała sama. To było naturalne, że się wspierałyśmy. I bardzo potrzebowałyśmy tych spotkań, by się zobaczyć i powiedzieć „kurcze, no wiesz, fajnie, ale trochę mi ciężko”. Z przystosowaniem się do nowego miejsca, nowych ludzi i ich kultury. I ze znalezieniem swojego kąta, bo o kawalerki było trudno.
Przyjeżdżały więc do siebie i opowiadały. – Zazwyczaj w weekendy, ale zdarzało się, że wpadałyśmy do siebie też w tygodniu. Miałam Semesterticket [bilet semestralny – red.], dzięki któremu mogłam jeździć po całym landzie – opowiada Agnieszka. Podróż pociągiem z dworca Hamburg Główny do stacji Hanower Główny zajmuje około półtorej godziny. Tyle samo czasu potrzebowała Marta, żeby do Agnieszki dojechać autem.
Mniej więcej w tym samym momencie, gdy Marcie kończyła się umowa wynajmu mieszkania, Agnieszce kończył się semestr. Wtedy pomyślały, by zamieszkać razem i wynajęły trzypokojowe mieszkanie w Hanowerze. Tak zaczęła się ich przygoda z dzieleniem się.

Sharing economy

Zauważyły u Niemców, z którymi się spotykały, że starają się np. nie marnować żywności. – Przy wejściu w kamienicy, w której mieszkałam w Hamburgu, stała półka zawsze pełna jedzenia. Z warzywami, owocami, pieczywem – opowiada Agnieszka. – Zastanawiałyśmy się, jak to działa. Kto to jedzenie tam kładzie, kto może je sobie wziąć i na jakiej zasadzie – wspominają.
Zapytały parę Niemców, którzy zostawiali tam warzywa. – Gdy wiesz, że nie zdołasz czegoś zjeść, to nie musisz tego wyrzucać. Bo może coś, co tobie akurat nie jest potrzebne, przyda się komuś na kolację. Po co jeden ma kupować, a drugi wyrzucać na śmietnik. To niepotrzebne marnotrawstwo – wytłumaczyli dziewczynom.
Te po wizycie u rodziny w Polsce zostawiły na półce dla sąsiadów słoik ogórków kiszonych od babci. – Spotkałyśmy ich później. Byli zachwyceni, nigdy wcześniej nie jedli takich domowych ogórków od babci.
Ponadto mieszkały wśród ludzi, których świadomość ekologiczna była imponująca. – Nasiąkłyśmy nią, przejęłyśmy ich nawyki i poznałyśmy, czym jest sharing economy – mówią dziewczyny. I podkreślają, że pokochały ekonomię współdzielenia, według której nie trzeba posiadać rzeczy, by móc z nich korzystać. Dzięki temu oszczędza się pieniądze i miejsce, ale też zmniejsza zanieczyszczenie środowiska.
Przykładami są rowery i samochody miejskie, noclegi w ramach couchsurfingu czy wymiana ubrań.

Same od siebie pożyczały

Otwierta przez dziewczyny Biblioteka Ubrań źródło miała w praktyce. – Bo mieszkałyśmy razem i bywało, że jak spotykałyśmy się w drzwiach pokojów, to byłyśmy bardzo podobnie ubrane – opowiada Agnieszka. A Marta, śmiejąc się, uzupełnia: – Tak było często!
Uzmysławiały sobie, że ich style są podobne, mają dużo podobnych marynarek, bluzek, spodni. I że nie lubią chodzić po centrach handlowych. Po pierwsze z powodu tłumów, a po drugie, bo mają świadomość, jak tam się klienta kusi i wciska mu coś, co nie jest mu niezbędne.
I wreszcie po trzecie – bo poznały, czym jest fast fashion. – Jeszcze kilka lat temu były dwa sezony: wiosna-lato i jesień-zima, później cztery: wiosna, lato, jesień, zima, a teraz mamy 12, bo każdego miesiąca do sklepów trafiają nowe ubrania. I co cztery tygodnie wytwarzana jest w nas potrzeba posiadania czegoś nowszego od nowego, które kupiliśmy miesiąc temu. Dochodzimy więc do takiego momentu, gdy otwieramy szafę, w której jest pełno ubrań, a my nie mamy się w co ubrać. Bo te ciuchy to jest coś, czego my tak naprawdę nie potrzebujemy, czego nie chcemy, ale mamy, bo cztery tygodnie temu były modne i przecenione – mówi Marta.
Zaczęły więc pożyczać sobie ubrania, bo wiadomo, że od czasu do czasu założyłoby się coś innego niż to, co się ma w szafie. – Jak szłyśmy na koncert, to pożyczałyśmy od siebie sukienki. I mówiłyśmy sobie, że skoro my nie musimy kupować ubrań, to fajna byłaby taka biblioteka, z której ciuchy będą mogły pożyczać też inne kobiety, które nie chcą kupować rzeczy do założenia na jeden raz, zalegających potem w ich szafach – opowiadają dziewczyny.

Dać alternatywę, łamać stereotyp

I ta ich wspólna szafa w pewnym momencie zaczęła przeradzać się w projekt. A miały skąd brać przykład, bo w innych krajach już takie biblioteki działają. W Niemczech są dwie – jedna przy Billhorner Brückenstraße w Hamburgu, druga przy Venloer Straße w Kolonii. Swoją bibliotekę ubrań mają też kobiety w Holandii, Szwecji, Szwajcarii, Francji, a nawet w Czechach. W USA są wielkie magazyny z ubraniami okazjonalnymi, ciuchami dla kobiet w ciąży.
Marta i Agnieszka zdecydowały więc, by także w Polsce dać kobietom alternatywę między kupowaniem a użytkowaniem ubrań.
Wróciły do Wrocławia i zaczęły działać. Ich rodziny były pomysłem przerażone. – „Jesteście odważne, ale zastanówcie się” – mówili nam bliscy, bo wątpili, czy Polacy są gotowi na ekonomię współdzielenia. Bo uważali, że u nas to obcy chce cię oszukać. Ale my stwierdziłyśmy, że poszerzanie tego stereotypu jest bezsensowne. I postanowiłyśmy spróbować – opowiadają dziewczyny.
– Od naszego powrotu z Niemiec minęły dwa lata, a tak wiele się już zmieniło – zaznaczają. – Gdy pierwszy raz poszłyśmy na clothing swap [wymiana ubrań – red.] to oprócz nas przyszły jeszcze cztery osoby, a teraz jest kilka swapów w tygodniu, ludzie wymieniają się przez internet. Są rowery miejskie, oferujemy nocleg obcym we własnym domu czy mieszkaniu, w zamian za nocleg u nich. My wprawiamy w drugi obieg ciuchy, które moglibyśmy wyrzucić – mówią.

Wielka szafa dla wszystkich

W ich Bibliotece Ubrań numer 00001 ma kolorowa bluzka z dużymi czerwonymi i regulowanymi ramiączkami. Wisi na białej kracie naprzeciw wejścia, po której z czasem będą pięły się rośliny. Ta bluzka to pierwsza rzecz, w której dziewczyny wymieniły metkę. Na niej jest tylko logo i numer. Bo w ich Bibliotece nie będzie ważna marka czy nazwisko znanego projektanta. – Nie to ma definiować nasze ubrania. Chcemy, żeby przy wyborze kobiety kierowały się nie metką, a tym, czy coś im się spodoba – przekonuje Marta.
Dziewczyny nie wykluczają, że w przyszłości będą chwalić się metkami projektantów, ale tych młodych, rodzimych, których chcą wspierać. – Pomyślałyśmy, że nasza Biblioteka będzie dla nich dobrym sposobem dotarcia do ludzi. A i oni dostaną od użytkowników informację zwrotną, bo chcemy, by każdy wypożyczający mógł napisać opinię o wypożyczonych przez siebie ubraniach, zaznaczyć, co by w nich zmienił, z czym warto je zestawić itd.
Teraz w szafie, którą chcą się podzielić z mieszkankami Wrocławia, są ubrania z ich osobistych, mocno odchudzonych szaf, a także te ciuchy, które kupiły w Niemczech na Flohmarktach [pchli targ – red.] czy w vintage shopach. Są też takie, które ktoś im przekazał, ale wszystkie dobrej jakości, oddane, bo komuś już przestały się podobać, albo zmienił mu się rozmiar lub styl.
Marta, która oddała serce modzie vintage, najbardziej lubi sukienkę do kolan w kolorze butelkowej zieleni, na szerokich ramionach, zapinaną z tyłu na suwak, z trzema malutkimi guziczkami przy dekolcie w łódkę i z wąskim paskiem na biodrach.
Agnieszka, którą na co dzień przyciągają kolorowe i pstrokate ubrania, lubi czarną sukienkę z zielono-szarym motywem roślinnym, rozszerzaną od pasa w dół, z dekoltem w kształcie litery V. Wspomina, że kupiła ją na randkę.
W swoich zbiorach mają też białą sukienkę w czarne cętki, przypominające trochę te ze „101 dalmatyńczyków”, czy granatowy żakiet po cioci, który ma około 30 lat, a wygląda jak nowy.
Wszystko to pojedyncze egzemplarze. – Dlatego bardzo dokładnie je opisałyśmy i wymierzyłyśmy. Na stronie podajemy długości rękawów, nogawek, obwodu w pasie. Poświęciłyśmy bardzo dużo czasu, żeby je dobrze wymierzyć i opisać, żeby każda kobieta mogła sprawdzić, czy dana rzecz będzie na nią pasować – tłumaczą.
– Podajemy też wzrost dziewczyn, które pozowały w tych ciuchach, żeby można było sobie wyobrazić, jak to będzie wyglądało na nas – dodają.

Jak to działa?

Do szafy dziewczyn można zajrzeć przez stronę internetową bibliotekaubran.pl. Tam znajdziemy dwie ścieżki wyszukiwania: przez poszczególne części garderoby (sukienki, kombinezony, kurtki, marynarki, spodnie, spódnice, spodenki, bluzki, koszule itd.) lub konkretny styl (Great Gatsby, Street Fashion, Lata 80., Lata 90., Vintage i Business Chic).
Tak jak w tradycyjnej bibliotece jest limit książek do wypożyczenia, tak jest i tutaj. Jednorazowo można wypożyczyć cztery rzeczy. Gdy skończymy buszować „między wieszakami”, to co nam się spodoba, dodamy do swojej wirtualnej szafy, a następnie przejdziemy do strony zamówienia. Tutaj trzeba zdecydować, czy wybieramy pakiet na trzy dni czy na miesiąc. Następnie płacimy i czekamy na informację o tym, kiedy przewidywane jest dostarczenie paczki. Ten sam kurier przyjedzie do nas paczkę odebrać.
– Klientki nie muszą się więc martwić o zwrot – zapewniają Marta i Agnieszka. Proszą tylko, by przy odsyłaniu ubrań korzystać z tych samych kartonów, w których one paczkę wyślą. – Żeby dodatkowo niepotrzebnie nie generować śmieci – tłumaczą.
Podkreślają, że są elastyczne i jeśli komuś nie będzie odpowiadała godzina wyznaczona na odbiór paczki przez kuriera, wystarczy, że skontaktuje się z nimi i postarają się przesunąć godzinę odbioru. Paczkę będzie można też zostawić w service pointcie firmy kurierskiej.
Po powrocie ciuchów zajmą się ich pielęgnacją i czyszczeniem, by znów mogły wrócić do obiegu.

Za ile?

A co, gdy ktoś przetrzyma zamówioną rzecz? – Mamy nadzieję, że takich sytuacji nie będzie, bo Biblioteka Ubrań to taka machina, która ma swój początek i koniec. Gdy jedna osoba coś przetrzyma, to wszyscy inni będą stratni. Ona – bo za dzień przetrzymania jednej rzeczy trzeba będzie zapłacić dodatkowo 5 zł. My, bo nie będziemy mogły wprowadzić tej rzeczy w ponowny obieg. Inne klientki, bo dopóki ubrania nie wrócą do nas, nikt nie będzie mógł ich wypożyczyć – tłumaczą.
Biblioteka oferuje dwa abonamenty. Miesięczny kosztuje 249 zł i pozwala zamówić cztery ubrania na okres 30 dni. Za jednorazowe wypożyczenie na trzy dni zapłacimy 97 zł.
– Z czasem będziemy chciały otworzyć szafę także dla panów. Na razie mówimy: spokojnie, poczekajcie, ogarniamy – śmieją się.