Polka, Ukrainka, artystka, katoliczka, grekokatoliczka, matka, siostra, przyjaciółka, aktywistka – Dana Vynnytska i Daga Gregorowicz opowiadają o sobie przy okazji dziesiątych urodzin polsko-ukraińskiego zespołu DagaDana*

 

Olga Chrebor: Chciałabym porozmawiać mniej o muzyce, a dowiedzieć się trochę więcej o was. Jesteście feministkami?

Dana Vynnytska: – Ja jak najbardziej – nie jakąś radykalną, po prostu popieram równouprawnienie kobiet. To nie znaczy, że ze wszystkimi nurtami feminizmu jest mi po drodze, ale to już temat na osobną rozmowę.

To zatem mała jubileuszowa prowokacja feministyczna: świętujemy 10 lat kwartetu czy damskiego duetu z muzykami towarzyszącymi?

Dana: – A… nie, nie, nie. Jesteśmy kwartetem, w którym każdy pełni bardzo ważną funkcję. Nie można powiedzieć, że jesteśmy zespołem z frontmenkami. Każdy jest niezwykle ważny.
Daga Gregorowicz: – Oczywiście na scenie jesteśmy bardziej zauważalne, bo śpiewamy, ale uwierz, w duecie nie zabrzmiałybyśmy tak nigdy.

Bynajmniej nie było moją intencją sugerowanie, że reszta członków zespołu pełni mniej ważną rolę. To wyjątkowi muzycy. Chciałam raczej zapytać o to, jaki wpływ na funkcjonowanie grupy ma fakt, że założycielkami są kobiety. Jak wpływa to na Waszą współpracę w zespole? Na to, jak jesteście postrzegane na rynku muzycznym? A może nie ma to żadnego znaczenia?

Daga: – Wydaje mi się, że zawsze w odpowiednim momencie, ten, kto ma coś ważnego do powiedzenia, po prostu się odzywa. Tak jest też w muzyce. Staramy się dawać sobie przestrzeń, szczególnie komponując, ale także na scenie. Kiedy jest miejsce na oddech, to również publiczność dostrzega, jak każdy z nas jest niezbędny. Mikołaj mówi mało, ale jak już coś powie, to jest to bardzo przemyślane. My jesteśmy bardzo gadatliwe i często w naturalny sposób jest nas więcej, ale nie myślimy o sobie jako frontmenkach. Na pierwszy rzut oka odbiorcy mogą ulec takiemu złudzeniu, widząc zdjęcia promocyjne czy nasze wejście na scenę, ale gdy zaczynamy grać natychmiast wszyscy czują, że energia rozłożona jest na cztery osoby.
Dana: – Jednocześnie to niezwykle ważne, że zespół rozpoczął działalność od duetu. Często w naszej twórczości znajdziesz motywy żeńskie. I w tym właśnie sensie jest to projekt kobiecy. To o czym opowiadamy w naszej muzyce, to historie związane z kobiecymi problemami i doświadczeniami. Dotyczy to zarówno wykonywanych przez nas pieśni ludowych we własnych interpretacjach, jak i naszych autorskich.

A zatem, drogie kobiety, chciałabym zapytać o waszą niezwykłą przyjaźń. A właściwie, o prawdziwą miłość! Daga w wywiadach mówi, że wszystko dobre, co spotkało ją w życiu zawodowym, wiąże się z tym, że poznała Danę. Dana podobnie – zawsze podkreśla, jak ważna w jej życiu jest Daga. Mam wrażenie, że ten jubileusz nie byłby możliwy, gdyby nie wasza głęboka relacja, umiejętność współpracy i uzyskiwania kompromisów. Mnóstwo zespołów rozpadło się z powodu nieposkromionej ambicji, potrzeby liderowania, konfliktów. Oczywiście nie są to wyłącznie męskie cechy, ale czy nie jest tak, że pierwiastek kobiecy pomaga wam łagodzić napięcia w zespole i strzec tego, co w nim najważniejsze?

Dana: – Bazą dla tej zespołowej koegzystencji są nasze wspólne wartości. Wszyscy w zespole są chrześcijanami. Ambicja niejednokrotnie gubiła świetne projekty, ale my mamy pewnego rodzaju powołanie. Nasza misja jest ważniejsza niż jakieś tam wodzowskie ciągoty. Myślę, że to właśnie wiara pozwala nam dystansować się od niektórych, zresztą bardzo ludzkich, pragnień czy cech. DagaDana w ciągu tych 10 lat ewoluowała nie tylko jako projekt, ale także na poziomie ludzkim. Zespół zaczął się od przyjaźni i wielkiej miłości. Każda relacja jest swego rodzaju procesem – obecnie nie jesteśmy jedynie przyjaciółkami – jesteśmy rodziną. Daga jest chrzestną mojej córki, żyjemy życiem tej drugiej na co dzień. Cieszymy się wspólnie ze swoich sukcesów i przeżywamy porażki. To niezwykłe błogosławieństwo, że mamy siebie. Razem jesteśmy szczęśliwe i wzajemnie się dopełniamy – w życiu codziennym, zawodowym, a w szerszym kontekście, jakby to nie brzmiało patetycznie, jako przedstawicielki dwóch narodów. W szczególności ostatnio czujemy, że my dwie – Ukrainka i Polka – mamy misję przypominać innym, jak bardzo jesteśmy sobie jako narody bliscy, jak wiele współdzielimy i jak piękny mamy dorobek. Znamy swoją historię. Każdy ma swoje racje, ale w zespole potrafimy szanować to, co dla każdego z nas jest ważne, również, gdy rozmawiamy ze sobą jako reprezentanci konkretnej nacji. Chcielibyśmy inspirować naszych słuchaczy do trochę innego spojrzenia na polsko-ukraińskie relacje.

Nawet, gdy koncertujecie za granicą, gdy tylko możecie, uczęszczacie na msze. Wiara jest dla Was ważna. To wpływa na waszą muzykę?

Daga: – Chcąc poznać człowieka, musisz zgłębić także jego duchowość. To wszak najistotniejszy aspekt życia. Tworzenie muzyki, sztuki zawsze związane było ze sferą duchową. Im więcej się wspólnie modlimy, tym więcej w naszej muzyce spokoju. Nie mówię, że nasza muzyka jest spokojna, tylko, że więcej w niej spokoju. I to jest niezwykłe, jak wchodzisz na jakiś nowy poziom – czy to na scenie czy w studio – właśnie wtedy, gdy wcześniej się pomodlisz. To zawsze było dla nas ważne, ale chyba staje się z czasem jeszcze ważniejsze. Ostatnio czytamy razem Słowo Boże i modlimy się przed koncertem. To dla nas szalenie istotne. Myślę, że nasi słuchacze to czują, nawet jeśli nie wiedzą, skąd to wypływa, to odbierają, że jest jakiś duch, który nas łączy.

Życie i filozofię wolnej, niezależnej artystki da się pogodzić ze sztywnymi regułami instytucji Kościoła?

Daga: – Mamy to szczęście, że poznajemy wielu wspaniałych księży, którzy nas prowadzą. Gdyby każdy spotykał właśnie takich wyjątkowych duchownych na swojej drodze, to kościoły byłyby pełne ludzi. To jest tak samo, jak z muzyką: jeżeli pragniesz się rozwijać, pracować nad sobą, to w naturalny sposób chcesz otaczać się dobrymi muzykami. By rozwijać się duchowo, słuchasz duchownych, którzy mają coś do zaoferowania.

Waszą duchowość można poczuć. Jesteście obydwie niezwykle skromne, chociaż odniosłyście już duży sukces w swojej branży. Odwiedziłyście niezliczoną liczbę krajów podczas tras koncertowych, w tym tak egzotyczne miejsca jak Kuala Lumpur czy Szanghaj. Gdy powracacie z tych zagranicznych wojaży, macie poczucie, że „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”?

Dana: – Zwiedzanie świata dzięki muzyce i trasom koncertowym jest dla mnie „otwartym uniwersytetem”, w którym na bieżąco pobieram nauki od przechodniów, publiczności, artystów, z którymi styka mnie los, czy nawet podczas przypadkowych spotkań na lotnisku. Podróże pozwoliły mi naprawdę docenić to, co mam w domu. Jest nim dla mnie zarówno Polska, jak i Ukraina. Często krytykujemy to, co nam wokół siebie przeszkadza, choć „żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie”. Te wyjazdy były dla mnie szkołą wdzięczności. Zaczęłam doceniać to, że w naszych krajach mamy powszechną edukację, że możemy czytać książki, że mam dach nad głową. Dla wielu ludzi to nie są oczywiste rzeczy. Zrozumiałam, jak jesteśmy niezwykle bogaci. Dlatego bardzo często podczas koncertów na całym świecie powtarzam, że powinniśmy być wdzięczni. Zmuszam ludzi do refleksji na temat pokoju w danym kraju. Dla nich to oczywistość, normalność. Jednak, gdy w twoją „oczywistość” wkracza wojna, nagle dociera do ciebie, jak wcześniej było dobrze. Jeśli masz gdzie spać, co zjeść i w co się ubrać – to już masz bardzo wiele. Często sobie tego nie uświadamiamy. Wiele problemów ma źródło właśnie w tym braku świadomości. Dobrą szkołą dla dzieci, czy to naszych z Ukrainy czy w ogóle z Europy, stanowiłby taki obowiązkowy wyjazd po osiągnięciu pełnoletności na miesiąc do Indii, Brazylii czy gdzieś do Azji, żeby zobaczyły, w jakich realiach ludzie tam żyją. Zupełnie inaczej postrzegałyby swoje życie tutaj i nabrałyby pokory.

No właśnie, artysta powinien się angażować społecznie? Zaimponowała mi wasza postawa podczas koncertu w Fundacji Roberta Boscha w Berlinie, który poprzedzony był dyskusją o dwujęzyczności Ukrainy. Zrobiłyście tam swego rodzaju manifest. Zamiast wesołego utworu, celowo wybranego przez organizatorów, wykonałyście „Pływe kacza po Tysyni” uznawaną za pieśń żałobną Rewolucji Godności. Wcześniej unikałyście tematów polityczno-społecznych. Majdan był przełomowy?

Dana: – To nie tak, że celowo omijaliśmy te kwestie. Po prostu 10 lat temu byliśmy artystami, grającymi koncerty z wielką przyjemnością, bez jakiegoś dodatkowego bagażu. Na przełomie 2013 i 2014 roku na Ukrainie doszło do wydarzeń, przez które kompletnie straciłam grunt pod nogami. Na jakiś czas przerwałam koncertowanie. Stając na scenie chcę, żeby ludzie, którzy nas słuchają, wychodzili choć odrobinę szczęśliwsi. Chcę dotrzeć do ich serc, wzbudzić radość, czy inne emocje – od zachwytu po ból. W tamtej chwili nie byłam w stanie tej roli pełnić. Byłam zupełnie rozbita. Można nawet powiedzieć, że miałam depresję. Nie widziałam wyjścia z tej sytuacji. Nie byłam świadkiem najdramatyczniejszych wydarzeń na Majdanie. Na Ukrainie byłam w grudniu 2013 roku, potem musiałam wrócić do domu… do polskiego domu, do Wrocławia. Cały czas śledziłam streamingi na hromadske. Czas mijał. W końcu zrozumiałam, że jak będę wyłącznie siedzieć w domu i się użalać, to nikt na tym nie zyska – ani Ukraina, ani Polska. Taka postawa jest i egoistyczna, i głupia. Uznałam, że każdy musi wykonywać swoją pracę. Moją rolą jest, mówiąc trywialnie, starać się, żeby ten świat był choć odrobinę lepszy. Zaczęliśmy znów koncertować. Tuż po najkrwawszych wydarzeniach na Majdanie włączyliśmy do swego repertuaru „Pływe kacza po Tysyni”. Chcieliśmy dziękować Polakom za wsparcie, które okazywali nam na wielu poziomach: finansowym, duchowym, ludzkim. A potem podczas trasy zobaczyłam, jak skuteczna jest na świecie rosyjska propaganda. Tamten niemiecki koncert w Fundacji Boscha poprzedzony był dyskusją, podczas której sugerowano, że Rewolucję Godności na kijowskim Majdanie współtworzyli nacjonaliści. To mnie tak oburzyło! Było mi wszystko jedno, czym to się skończy. Nie mogłam tego znieść. Dlatego zrobiliśmy podmiankę i zamiast jednej pieśni, zagraliśmy dwie. Ze sceny zadeklarowałam, że kategorycznie nie zgadzam się z prezentowanym tu poglądem, że ja również byłam na Majdanie i jeżeli ktokolwiek tutaj twierdzi, że tworzyli go nacjonaliści, to ja też jestem nacjonalistką. I zagraliśmy „Pływe kacza po Tysyni”. To był piękny, bardzo mocny i wzruszający moment. Wówczas dotarło do mnie, że nie możemy już być muzykami, którzy grają sobie koncerty. Jeśli masz mikrofon w ręce, możesz ludziom nieść własną prawdę, a dla Ukraińców to niezwykle ważne. Nasz głos nie jest tak słyszalny, jak rosyjski. Nie mamy tak potężnych środków, dlatego każdy w miarę swoich możliwości powinien dać coś od siebie. Od tego czasu staram się publicznie mówić rzeczy istotne dla Ukraińców. W ostatnich latach okazało się to ważne również w Polsce. Nasze stosunki są obecnie bardzo napięte i mamy mnóstwo nieporozumień po obu stronach.

Teraz co raz więcej chmur zbiera się nad ukraińskimi migrantami. Czy ty Dana odczuwasz to jako Ukrainka w Polsce?

Dana: – Jestem przerażona tym, jak radykalna prawica rośnie w siłę, zresztą nie tylko w Polsce, ale generalnie w Europie. Osobiście nie spotkała mnie żadna dyskryminacja na tle narodowościowym. Nikt nie ubliżał mi bezpośrednio, ale to nie znaczy, że nie widzę wyzwisk na budynkach czy w internecie. Napotykam ogłoszenia o mitingach o antyukraińskim charakterze, słyszę wrogie komentarze na ulicy. Wcześniej tego nie było. Projekt DagaDana jest tak niezwykle ważny, bo stanowi alternatywną wersję polsko-ukraińskich relacji. Taką, w której panuje głęboki wzajemny szacunek do historii obu narodów. Są tematy, których po prostu nie poruszamy, bo są sfery, w których każdy ma swoją wizję prawdy. Historia to w ogóle taka dyscyplina nauki, w której bardzo trudno o obiektywną i jednoznaczną interpretację wydarzeń. Oczywiście trzeba rozmawiać, ale jednocześnie trzeba starać się wzajemnie zrozumieć. Jestem przekonana, że każdy z nas, trafiając w sieć mrocznej historii XX wieku, mógłby okazać się zarówno ofiarą, jak i oprawcą. Jestem więc bardzo ostrożna, staram się nie osądzać, dotyczy to także czynów naszych przodków. Zło nie bierze się znikąd. Trzeba wiedzieć, co zaszło, ale nie robić z tego centrum naszego świata. Mamy XXI wiek, jaki sens ma ciągłe powracanie do historii i bezustanne nadeptywanie sobie na odciski? Nie widzę w tym sensu. Lepiej budować dobrosąsiedzkie relacje pełne szacunku i miłości.

A czym dla ciebie Dano była migracja?

Dana: – Mieszkam we Wrocławiu od pięciu lat, ale mówiąc szczerze wciąż nie przeprowadziłam się do Polski. Nie uważam się jeszcze za emigrantkę. Nie wiem, czy będzie to moje docelowe miejsce zamieszkania na kuli ziemskiej. Mój przyjazd związany był z działalnością naszego zespołu. Sporo koncertowaliśmy, więc najważniejszym powodem mojej przeprowadzki była ciesząca się złą sławą polsko-ukraińska granica, na której każdorazowo spędzałam po pięć-sześć godzin. Było to niezwykle uciążliwe. Jeździłam tak przez pięć lat, aż w końcu się poddałam. Ale jeszcze nie zapuściłam tu korzeni. Związek z Ukrainą jest dla mnie niezwykle ważny. Przy każdej okazji staram się tam wracać. Na razie wciąż jestem w Polsce turystką.

A jak to się stało, że wybór padł na Wrocław? Nikt z zespołu przecież tu nie mieszka.

Dana: – Pod uwagę braliśmy z mężem cztery miasta: Poznań (wiadomo z jakiego powodu, stamtąd pochodzi Daga, po drugie ze względu na artystyczną atmosferę), Kraków (gdzie wówczas mieszkał nasz kontrabasista Mikołaj Pospieszalski, i w którym wszyscy poznaliśmy się na warsztatach), Warszawa (miasto dynamiczne, w którym wiele się dzieje w kulturze, i gdzie mieszkało wielu muzyków, z którymi współpracowałam w ramach innych projektów) oraz Wrocław. Z tym ostatnim połączyła mnie pewna historia. Po raz pierwszy przyjechałam tu na stypendium Gaude Polonia. Zatrzymałam się na zaledwie jeden dzień, co więcej właściwie wcale nie liznęłam miasta. Nie szwendałam się po jego uliczkach, nie zwiedziłam starówki. Bo dla mnie było to miasto, w którym poznałam parę szalonych artystów. Na dworcu odebrała mnie malarka Marta Filipiak (obecnie zajmuje się też filmem, mieszka w Bydgoszczy). Marta spotykała się wówczas z artystą, powiedziałabym więcej, kreatorem całkiem nowych światów, Darkiem Orwatem. Pojechaliśmy do parku, gdzie znajdowała się ich pracownia. Pierwsze, co zobaczyłam, to wielkie kobiece piersi. Były umodelowane z siatki ogrodzeniowej i wypełnione drewnianymi patyczkami. W pracowni stało mnóstwo maleńkich robotów, które Orwat konstruował ze znalezionych pod ręką materiałów. Dariusz, choć małomówny, od razu zafascynował mnie swoimi ideami i twórczością. Po kilku chwilach w tym towarzystwie zdecydowałam, że szkoda mi czasu na zwiedzanie miasta. Chciałam jak najwięcej czasu spędzić z tą parą. Zatem Wrocław w moim wyobrażeniu był miastem zwariowanych, wolnych artystów, którzy mają niezwykły zapał i odwagę, by robić to, co im się zamarzy. Do tego mój mąż właśnie tu najszybciej znalazł pracę. I oto jestem.

Podróżujecie wzajemnie po swoich krajach. Co was zachwyca, a co drażni u sąsiadów?

Daga: – Na Ukrainie kocham to, co u nas niemal wyginęło, czyli wspólne śpiewanie. W PRL-u powstało mnóstwo cepeliowskich zespołów pieśni i tańca, i to one miały być nośnikiem wiejskiej tradycji. Kapitalizm z kolei sprawił, że zachłysnęliśmy się Zachodem. Dopiero teraz staramy się odradzać i chronić tradycję śpiewaczą. W Polsce w niewielu regionach śpiewa się wielogłosowo, a na Ukrainie to powszechne. To jest coś, co zawsze mnie chwyta za serce i z tego powodu cieszę się, że mogę tam jeździć. Mam także takie prozaiczne tęsknoty: za smakiem warzyw i owoców z ukraińskiego bazaru, które nie muszą mieć w nazwie „ekologiczne”, choć takie są. Nie trzeba więc za nie płacić majątku.
Z negatywnych rzeczy na Ukrainie mogę z kolei wymienić złe drogi i silną korupcję. U nas też jest korupcja, ale nie na takim poziomie. Boli mnie to i wkurza, że jest nikła nadzieja, by w krótkim czasie to się zmieniło. W Polsce to poszło jakoś szybciej. Nawet zmiana władzy na Ukrainie dużo nie dała, nie przyniosła takich efektów. Nadzieje były większe. Smuci mnie, że moi rówieśnicy, żyjąc tam, często są bezsilni wobec tego, jak funkcjonuje ich państwo. Chciałoby się, żeby Ukraina w tej materii przeskoczyła jakieś 10, albo i 20 lat.
Dana: – Po pierwsze w Polsce urzekła mnie kultura komunikacji na takim codziennym poziomie – w sklepie, kawiarni. Nie ma takiego chamstwa jak u nas, szczególnie na wschodzie kraju. Ludzie są otwarci, życzliwi, to bardzo miłe. Podziwiam poziom życia kulturalnego, spectrum festiwali, dostępność wydarzeń artystycznych, warsztatów dla dzieci. To jest fantastyczne. Ta wielość imprez dedykowanych określonej niszowej grupie, jak i skierowanych do osób, które zupełnie przypadkiem mogą natknąć się na plenerowy performans i stać się jego częścią. Właśnie z powodu kultury zainteresowałam się Polską, jeszcze zanim powstała DagaDana. Gdy w 2004-2005 roku zaczynałam na Ukrainie grać jazz, to było trochę jak wymyślanie na nowo roweru. Mieliśmy jakieś nagrania, słuchaliśmy, ściągaliśmy, ale właściwie nie było gdzie i jak się rozwijać. W Polsce w tym czasie było już pięć uczelni, gdzie można się było dowiedzieć, jak grać jazz, choćby Akademia Muzyczna w Katowicach, która pomaga poznać tajniki tej muzyki już blisko 40 lat. Zresztą polski jazz jest już na poziomie światowym. Moja pierwsza miłość do Polski to była miłość przez muzykę jazzową. I tutaj koniecznie muszę wspomnieć o Stowarzyszeniu Artystycznym Dzyga, które przez lata swojej działalności zrealizowało tysiące koncertów i wydarzeń kulturalnych, prezentując najciekawsze artystyczne inicjatywy z Polski. To właśnie na Festiwalu Jazz Bez organizowanym przez Dzygę po raz pierwszy usłyszałam polskich jazzmanów i doznałam olśnienia, że chcę pojechać do Polski, by uczyć się jazzu.
Wśród negatywów wskazałabym kontakty z urzędami, gdy próbujesz uregulować swój status jako cudzoziemiec. By załatwić najprostsze kwestie, a przede wszystkim zalegalizować swój pobyt, trzeba przejść istne piekło w wydziale spraw obywatelskich i cudzoziemców. Zdarzało się, że musieliśmy odwoływać koncerty, bo procedura wydania mojej karty pobytu ciągnęła się w nieskończoność, więc nie mogłam wyjeżdżać zagranicę. Z drugiej strony rozumiem, że urzędników jest za mało i po prostu nie nadążają z pracą przy takiej liczbie złożonych wniosków. Żeby nie było – ta sprawa już jest zakończona i jestem tu legalnie.

Na koniec pytanie lifestylowe: jak odpoczywacie, gdy już wrócicie z trasy? Bardziej wino i kąpiel ze świeczkami w samotności czy knajpka z przyjaciółmi?

Dana: – Ja bardzo lubię bawić się z córką. W trasie brakuje mi tych zwariowanych chwil, więc przerzucam się na członków zespołu i ich męczę. Lubię narty, rower, aktywny wypoczynek. Kocham majestat gór, choć ostatnio rzadko mam czas na trekking.
Daga: – Dla mnie ważne są dwie rzeczy: kontakt z naturą, bo jestem też przyrodnikiem z wykształcenia, oraz spotkania z bliskimi mi ludźmi. Mam wielu przyjaciół, a chcę być na bieżąco, więc każdą wolną chwilę staram się spędzać ze znajomymi. Tęsknię za rozmowami z nimi. Uspokajają mnie i nakręcają do dalszej pracy.

*Dana Vynnytska i Daga Gregorowicz wraz z Mikołajem Pospieszalskim i Bartoszem Mikołajem Nazarukiem tworzą zespół DagaDana. Grupa łączy elementy polskiej i ukraińskiej kultury za pomocą jazzu, elektroniki i world music. Debiutancka płyta zespołu, pt. „Maleńka” została nagrodzona Fryderykiem w kategorii Album Roku Folk/Muzyka Świata.

Rozmawiała Olga Chrebor