„Wrocław cieszył słoneczkiem i chłodnym napojem w ręce” – tak swoje pierwsze chwile w tym mieście opisuje Wasyl Sawczenko. Potem nie było już jednak tak sielankowo, bo los zagranicznego studenta bywa trudny.

Piątek trzynastego uważany jest w Polsce za dzień pechowy, ale Wasyl Sawczenko, młody artysta ze Lwowa, nie jest przesądny – dyplom na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu obronił w piątek 13 lipca. Dostał najwyższą ocenę. Przygotował ilustrowane Curriculum Vitae, a w nim kilka rozdziałów poświęconych życiu we Wrocławiu i studiowaniu na ASP. Prace można było oglądać później na wystawie w galerii Neon w budynku ASP. A historię Wasyla przeczytać w książce, która towarzyszyła ekspozycji.

Artysta zawarł w niej opowieści o wykładowcach, którzy noszą „koszule z interesującym ornamentem”, a studentom dają intrygujące zadania, np. żeby wymyślić wizualną identyfikację kawiarni, w której podsłuchują gości, czy zrealizować animację na temat „Rozpacz i smutek”, albo też narysować odpowiedź na pytanie „co usłyszałeś jako pierwsze, kiedy otworzyłeś oczy pod wodą”.

Wasyl pochodzi ze Lwowa, z artystycznej rodziny, dorastał, wdychając zapach terpentyny, w otoczeniu dzieł sztuki. Wybór uczelni plastycznej wydawał się w jego wypadku oczywisty, choć tak naprawdę chciał zostać kucharzem. Na Ukrainie nie było jednak odpowiedniej szkoły, pozostało zatem lwowskie artystyczne Kolegium im. Iwana Trusza, a potem dwie ASP – we Lwowie i we Wrocławiu.

Jeszcze jako student zdążył zaprojektować scenografię do przedstawienia Opery Wrocławskiej „Krakowiacy i Górale”. Nie zamierza też Wrocławia porzucać.

U babci

Choć nie zawsze bywało tu tak różowo. Na początku, trzy lata temu, tuż po przyjeździe zamieszkał w pracowni prof. Waldemara Kuczmy z ASP, który był przyjacielem jego ojca. Ale choć „w pracowni czuć było przyjemny zapach terpentyny, malarstwa i kawy”, to jednak dawał się we znaki brak prysznica. Dlatego wybrał stancję na Komuny Paryskiej.

Długo tam nie zabawił. „Zacząłem wynajmować pokój od 78-letniej babci” – wspomina w swojej dyplomowej pracy. – „To było okropne i bardzo śmieszne. Nie było pralki, kuchnia była w bardzo złym stanie, gorąca woda to było moje maksimum. Odkurzacza ten dom nie widział, ale w moim pokoju było ciepło, miałem biurko na czterech nogach, szafę na rzeczy, pomarańczowy dywan na podłodze i firanki w czerwoną kratkę, również były tam wysokie ściany z pożółkłą farbą. Tytuł najbardziej wyjątkowego miejsca w tym mieszkaniu nadam kabinie prysznicowej, która była z muzyką i chyba miała nawet funkcję sauny. (…) Czasami zdawało mi się, że to jest maszyna czasu z przyszłości, która wizualnie przypomina prysznic i może mnie przenieść w przyszłość, gdzie będzie panować era kosmiczna i futurystyczna”.

Mimo futurystycznego prysznica swój pobyt na Komuny podsumowuje jednak stanowczo: „Do domu i polskiej babci ja nie wrócę”. Dlaczego? „Ona, kiedy usłyszała, że ja planuję wyprowadzić się od niej, to zaczęła chodzić goła. Pamiętam, że musiałem szybko się zbierać i wybiegać do akademii, która na szczęście nie była daleko. To nie trwało długo, gołą polską babcię spotkałem tylko trzy razy przed wyprowadzką”.

Wasyl z Komuny Paryskiej uciekł na Wojnów, gdzie trafił na lepsze sąsiedztwo. A wizerunek polskiej babci pojawił się, rzecz jasna, na wystawie.

Graniczna odyseja

Studia we Wrocławiu kosztowały go mnóstwo determinacji. Bynajmniej nie z powodu wymagań tutejszych profesorów, ale kłopotów z pogranicznikami. Kiedy po pierwszym semestrze jechał do domu, usłyszał, że przekroczył limit 90 dni, jakie Ukrainiec może spędzić na terenie Unii Europejskiej. Nie miał jeszcze karty czasowego pobytu ani studenckiej wizy. Na granicy uświadomiono mu, że będzie musiał miesiąc spędzić na Ukrainie, choć miał tylko tydzień ferii. – Powiedziałem sobie: trudno, jakoś to nadrobię – opowiada.

Po miesiącu kupił bilet, pożegnał się z bliskimi, wsiadł w autobus, na granicy był pół godziny po północy. Potem jeszcze czekanie w długiej kolejce, kiedy wreszcie celnik wziął do ręki jego paszport, była piąta rano. Usłyszał, że musi wracać do domu – zabrakło mu półtora tygodnia. „Czułem się jak osoba, którą przyłapano na przemycie spirytusu do UE” – wspomina Wasyl. – „Droga do Lwowa była bardzo zła, wstrzymuję siebie teraz, żeby nie rzucić trzypiętrowego przekleństwa. O tej godzinie nic nie jechało do mojego miasta, nikt nie chciał mnie podwieźć. Rzeczy miałem wyjątkowo dużo: wielką walizkę, torbę na plecach i teczkę z pracami. Na dodatek tego wszystkiego zaczął padać deszcz”.

Dwa tygodnie później znów ruszył w podróż. I znów czekała go powtórka z rozrywki. Po raz kolejny usłyszał, że musi jeszcze dwa tygodnie poczekać. W międzyczasie wygasła mu ważność legitymacji studenckiej, a karta czasowego pobytu była wprawdzie gotowa we Wrocławiu, ale mógł ją odebrać tylko osobiście. Po dwóch kolejnych tygodniach na granicę zawiózł go ojciec – tym razem brakowało jednego dnia. „Cały trząsłem się ze złości i chciałem porwać wszystko na części, co tylko wpadnie mi ręce” – notuje Wasyl.

Wreszcie, za czwartym razem, sukces – Wasyl przekroczył granicę z plecakiem, walizką i teczką. Szczególnie cennym bagażem były jednak – obok prac przygotowanych na zajęcia – dwie paczki papierosów marki Parliament, litr wódki i dwa kilo cukierków Szałena Bdżiłka.

Na dzień dobry czekało go zadanie w pracowni prof. Wiesława Gołucha – miał przygotować animację na temat „Rozpacz i smutek”. Przygotował opowieść o polsko-ukraińskiej granicy – można ją znaleźć na jego stronie internetowej i na YouTubie.

Tylko łóżko i akademia

Po roku na studiach niestacjonarnych Wasyl zdał na studia stacjonarne, a po egzaminie został przeniesiony od razu na czwarty rok i zwolniony z opłat.

Na początku nie miał żadnego życia osobistego: „istniała tylko akademia, sztuka, ja i łóżko, w którym spałem”. Gwoli ścisłości, także praca we wrocławskich restauracjach, gdzie „ciekawie było obserwować, jak odpoczywają i bawią się różni zamożni ludzie, a ty, przygotowując grenlandzkie owoce morza i sarnę w miętowej ziemi w sosie czekoladowym demiglas, w noc noworoczną uświadamiasz sobie, że tak jak w Nowy Rok, tak będzie całą pozostałą część roku”.

Do jednej z restauracji dostał się dzięki CV zaaranżowanemu w formie teczki, imitującemu restauracyjne menu. I dzięki doświadczeniu zdobytemu jeszcze we Lwowie, gdzie pracował w restauracji Amerykanina Michaela Bettsa.

Wreszcie życie Wasyla nabrało kolorów – dołączyła do niego ukochana Anastazja, którą poznał jeszcze we Lwowie. „Tak, nie byłem już sam i było mi z tego powodu bardzo ciepło w środku”. Dostał pierwsze zlecenie – na scenografię do „Krakowiaków i Górali”, której projekty przygotowywał latem w Warszawie tak gorącej, że musiał spędzać kilkanaście minut w wannie wypełnionej lodowatą wodą, żeby zacząć pracować.

Na premierę kupił pierwszy w życiu garnitur. Na obronę dyplomu oprócz wspomnień i rysunków podsumowujących życie we Lwowie i we Wrocławiu przygotował też gigantyczny rysunek węglem – szeroki na trzynaście metrów i wysoki na osiem, przedstawiający ludzkie ciało.

Prace Wasyla rysowane węglem, ołówkiem, tuszem, markerem, piórkiem i pędzlem, mają w sobie szkicowy charakter, wpisujący się w poetykę osobistego dziennika, ale i drapieżność, która stoi w jaskrawej opozycji do pogodnego tonu dominującego w tekście, sprawiającego, że czyta się to detaliczne CV jak bajkę z pozytywnym bohaterem, który podróżuje z ziemi lwowskiej do wrocławskiej, pokonując graniczne zasieki, któremu udaje się umknąć przed miejscową Babą Jagą i który w finale otrzymuje dyplom i ukochaną Anastazję – w nagrodę.